FANDOM


II Edytuj

 Taliyah szybko schodziła po wzgórzu pokrytym śniegiem, ślizgając się w niektórych miejscach i głęboko brodząc w innych. Nie uciekła przed noxiańską flotą inwazyjną tylko po to, aby zabić pierwszego spotkanego Ioniańczyka.

– Znając moje szczęście pewnie był duchownym – rzekła.

Sosny w dolinie zamieniły się w niewielkie krzaki, o połowę mniejsze niż na początku. Tylko czubek ołtarza wystawał spod powierzchni śniegu. Flagi modlitewne pozwijały się w supły, oznaczając miejsce, w którym kończył się wąwóz. Taliyah rozejrzała się dookoła, szukając jakichkolwiek śladów mężczyzny, którego przysypała lodem. Gdy widziała go po raz ostatni, siedział pod dachem świątyni. Być może go osłonił.

Gdy zbliżała się do świątyni, trzymając się blisko drzew, ujrzała dwa palce, które przebiły się na powierzchnię.

Pół brnęła, pół biegła w kierunku bladych palców. – Proszę, bądź żywy. Proszę, bądź żywy. Proszę...

Taliyah padła ostrożnie na kolana i zaczęła odkopywać lodowy proszek. Odkryła palce twarde jak stal. Sięgnęła i chwyciła mężczyznę za nadgarstek swoimi rękami, które odmawiały posłuszeństwa. Jej zęby szczękały, a jej ciało drżało, przez co nie mogła wyczuć żadnych oznak życia u mężczyzny.

– Jeżeli jeszcze żyjesz – rzekła do mężczyzny pod śniegiem – to musisz mi pomóc.

Rozejrzała się dookoła. Nie było tam nikogo. Była jego jedyną szansą.

Taliyah puściła palce i odeszła kilka kroków. Położyła zdrętwiałe dłonie na powierzchni śniegu i spróbowała sobie przypomnieć, jak wyglądała powierzchnia doliny przed lawiną. Leżące luzem kamienie, żwir. Wspomnienia napłynęły i wypełniły jej umysł. Były ciemne chropowatą czernią z białymi plamkami, jak broda wuja Adnana.

Taliyah skupiła się na tej wizji i pociągnęła z miejsca znajdującego się głęboko pod powierzchnią śniegu. Skorupa lodu eksplodowała tuż przed nią, a chwilę później wynurzyła się spod niej wstążka granitu, unosząca ciało. Nagle elastyczny kamień zachwiał się na szczycie, jakby prosił ją o pokierowanie. Niepewna co do miejsca, które zapewniłoby bezpieczne lądowanie, Taliyah skierowała go w stronę sosen, licząc, że złagodzą upadek.

Granitowa wstążka przechyliła się, upadając w śnieg, ale zielone ramiona złapały mężczyznę, a następnie spokojnie opuściły go na powierzchnię.

– Jeżeli żyłeś, to proszę, nie umieraj teraz – rzekła Taliyah, pędząc w jego kierunku. Światło słoneczne przygasło nad jej głową. Ciemne chmury zaczęły gromadzić się nad doliną. Wkrótce miało spaść więcej śniegu. Za drzewami zobaczyła wejście do niewielkiej jaskini.

Taliyah dmuchnęła na ręce i potarła je, aby przestały drżeć. Nachyliła się ku mężczyźnie, sięgając do jego ramienia. Wydał z siebie bolesne chrząknięcie. Zanim Taliyah zdążyła się cofnąć, poczuła szybki podmuch i zobaczyła blask stali. Ostra, zimna krawędź miecza mężczyzny przyciskała się do jej gardła.

– Jeszcze nie pora na śmierć – wyszeptał. Zakaszlał, a jego oczy się zapadły. Miecz opadł na śnieg, ale mężczyzna go nie puścił.

Pierwszy płatek śniegu przeleciał obok spierzchniętej twarzy Taliyah. – Wygląda na to, że nie tak łatwo cię zabić – rzekła. – Ale jeżeli dopadnie nas zamieć, możemy przekonać się, ile w tym prawdy.

Oddychał płytko, ale przynajmniej żył. Taliyah chwyciła go pod ramię i pociągnęła w kierunku jaskini.

Wiatr powrócił.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.