Fandom

League of Legends Wiki

Cień i Fortuna/Rozdział 2

< Cień i Fortuna

1,521stron na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Dyskusja0 Udostępnij

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Coś głupiego, Czerwony całun, Cień Wojny Edytuj

Część I Edytuj

Miss FortuneMiss Fortune położyła pistolety na stole obok krótkiego miecza. Nagle rozległo się bicie dzwonów i głośne krzyki. Wiedziała, co oznaczają.

- Mroczne Żniwa – pomyślała.

Rzucając wyzwanie nadciągającym nieumarłym, trzymała otwarte okna w swojej nowej willi. W podmuchach wiatru czuć było ich głód i chłód przenikający kości.

Stojąca na wysokim klifie willa należała kiedyś do przywódcy gangu. Po śmierci GangplankaGangplanka wyciągnięto mężczyznę z łóżka i brutalnie zamordowano.

Teraz była własnością Miss Fortune. Nie dopuści, żeby spotkał ją taki sam los. Przesunęła czubkiem palca po wisiorku, który dostała od IllaoiIllaoi. Korale były ciepłe w dotyku i mimo że nie wierzyła w to, co przedstawiają, były ładną błyskotką.

Drzwi do jej pokoju nagle się otworzyły.

Nie musiała się odwracać. Wiedziała, kto za nią stoi. Tylko jedna osoba miała czelność wejść bez pukania.

- Co robisz? – zapytał Rafen.

- A jak myślisz?

- Myślę, że zamierzasz zrobić coś głupiego.

- Głupiego? – powiedziała Miss Fortune, opierając dłonie o stół. – Przelaliśmy krew i straciliśmy wielu dobrych ludzi, aby załatwić Gangplanka. Nie pozwolę, żeby Mroczne Żniwa...

- Żeby co?

- Odebrały mi to miejsce – krzyknęła, sięgając po pistolety i wpychając je do kabur na biodrach. – Nie zatrzymasz mnie.

- Nie mamy takiego zamiaru.

Miss Fortune odwróciła się i spojrzała na Rafena. Za nim stali jej najlepsi wojownicy, uzbrojeni po zęby w muszkiety, pistolety, ładunki wybuchowe i kordelasy, które wyglądały tak, jakby skradziono je z muzeum.

- Wy chyba też zamierzacie zrobić coś głupiego – powiedziała.

- Ano – zgodził się Rafen, podchodząc do otwartego okna i zamykając je z trzaskiem. – Naprawdę myślisz, że pozwolilibyśmy naszej kapitan zmierzyć się z tym w pojedynkę?

- Prawie zginęłam, gdy walczyliśmy z Gangplankiem, i jeszcze nie zamierzam umierać. Nie oczekuję, że pójdziecie ze mną, nie dziś – powiedziała Miss Fortune, stając przed swoimi ludźmi i opierając dłonie na kolbach pistoletów. – To nie wasza walka.

- Oczywiście, że nasza – powiedział Rafen.

Miss Fortune wzięła głęboki oddech i kiwnęła głową.

- Istnieje duża szansa, że nie dożyjemy poranka – powiedziała, lekko się uśmiechając.

- Nie pierwszy raz wspólnie walczymy podczas Mrocznych Żniw, pani kapitan – odparł Rafen, poklepując głowicę swojego miecza. – I na pewno nie ostatni.

Część II Edytuj

OlafOlaf zbliżał się do Winter's Kiss, gdy usłyszał krzyki. Z początku je zignorował, w końcu nie były niczym niezwykłym w Bilgewater, ale później zobaczył kobiety i mężczyzn uciekających w popłochu z kei.

Wychodzili z łodzi i biegli w stronę krzywych uliczek miasta. Nie patrzyli za siebie i się nie zatrzymywali, nawet gdy ich towarzysze potykali się lub wpadali do wody.

Olaf widział ludzi uciekających przed walką, ale to było coś innego. Na ich twarzach malowało się przerażenie, które wcześniej widział tylko na ciałach wyrzuconych przez lodowce w miejscu, gdzie ponoć mieszkała Wiedźma LoduWiedźma Lodu.

Okiennice wszystkich domów zamykały się z hukiem, a tajemnicze symbole, które widział na drzwiach, pokrywał biały pył. Ogromne dźwigi podnosiły drewniane konstrukcje złożone z połączonych kadłubów statków.

Zobaczył gospodarza tawerny, w której podawano rozcieńczane piwo, i pomachał do niego.

- Co się dzieje? – krzyknął Olaf.

Gospodarz pokręcił głową i wskazał na ocean, po czym zatrzasnął drzwi. Olaf postawił ząb Krakenwyrma na kamiennym nabrzeżu i się odwrócił, aby zobaczyć, skąd to zamieszanie.

To, co z początku uznał za chmury burzowe, okazało się gęstą Czarną Mgłą, która w niesamowitym tempie sunęła w jego kierunku.

- No proszę – powiedział, odczepiając topór od pasa. – To mi się podoba.

Skórzana rękojeść idealnie układała się w dłoniach, gdy przekładał topór z jednej ręki do drugiej, jednocześnie rozluźniając mięśnie ramion.

Czarna Mgła przeszła nad najbardziej oddalonymi okrętami. Olaf otworzył szeroko oczy, gdy zobaczył duchy wyłaniające się z ciemnej otchłani – ogromnego mrocznego rycerza, chimerę wierzchowca bojowego i człowieka kroczącego u boku żniwiarza otoczonego zielonkawym ogniem. Panowie umarłych zostawili duchy na nabrzeżu i polecieli w stronę Bilgewater.

Olaf słyszał, jak rdzenni mieszkańcy szeptali między sobą o czasach ciemności zwanych Mrocznymi Żniwami, ale nie spodziewał się, że zobaczy je, stojąc z toporem w dłoni.

Horda umarłych przechodziła pomiędzy galerami i statkami kupieckimi, rozrywając je na strzępy niczym wygłodniały niedźwiedź. Liny na statkach pękały jak zniszczone ścięgna. Ciężkie maszty spadały do wody, gdy łodzie uderzały o siebie z ogromną siłą.

Wrzeszczące upiory wleciały na pokład Winter's Kiss. Olaf krzyknął ze złości, gdy kil okrętu pękł na pół. Statek zatonął tak szybko, jakby był pełen kamieni. Olaf widział, jak jego towarzysze zostają wciągnięci pod wodę przez stworzenia z trupimi kończynami.

- Olaf sprawi, że pożałujecie swojego odrodzenia! – wrzasnął, biegnąc wzdłuż nabrzeża.

Duchy wychodziły z wody, wyciągając w jego stronę zamarznięte ręce. Olaf wziął zamach i uderzył toporem przez środek skupiska duchów. Umarli skrzeczeli rozdzierani ostrzem topora. Prawdziwy lód był o wiele bardziej zabójczy od jakiegokolwiek zaklęcia.

Wyli, umierając po raz drugi. Olaf śpiewał pieśń, którą przygotował na dzień swojej śmierci. Słowa były proste, ale porównywalne z każdą sagą opowiadaną przez wędrownych poetów. Jak długo czekał na to, by zaśpiewać tę pieśń? Jak często obawiał się, że nie będzie miał na to szansy?

Został otoczony przez widma i rzeczy stworzone z mgły. Jego kolczugę pokrył lód, a upiorny dotyk chciwych duchów parzył mu skórę.

Wściekłość rozgrzała mu krew tak bardzo, jak to możliwe tylko w przypadku berserkera. Otrząsnął się z bólu i poczuł dziki przypływ złości.

W kącikach jego ust zebrała się piana czerwona od krwi z przegryzionych w złości policzków. Krzyknął i machnął toporem, zapominając o bólu. Pragnął tylko zabić wrogów.

Nie przejmował się faktem, że już nie żyli.

Olaf cofnął topór, gotowy do kolejnego uderzenia, gdy nagle za nim rozległ się ogłuszający huk pękających kolumn i desek dachowych. Odwrócił się, by stanąć twarzą w twarz z nowym przeciwnikiem. Na keję spadły tysiące odłamków drewna i kamienia. Ostre kamienie cięły mu skórę na twarzy i ramionach. Z nieba spadł deszcz mięsa i krwi zwierząt, a z Czarnej Mgły dobiegło przerażające jęknięcie.

I wtedy to zobaczył.

Duch Krakenwyrma wyłonił się spośród tego, co zostało po Dokach Rzezi. Olbrzymi i przepełniony furią, machną swoimi widmowymi mackami i uderzył, niczym błyskawice ciskane przez szalonego boga. Cała ulica w mgnieniu oka zmieniła się w ruinę. Olaf poczuł przypływ furii na widok wroga, który był godzien odebrać mu życie.

Olaf podniósł topór, salutując swemu zabójcy.

- Ślicznotko! – krzyknął i ruszył przed siebie.

Część III Edytuj

Kobieta była piękna, miała szerokie oczy w kształcie migdałów, pełne usta i wysokie kości policzkowe, typowe dla mieszkanek DemaciiDemacii. Portret w medalionie był miniaturowym dziełem sztuki, ale i tak nie był w stanie oddać siły i determinacji Senny.

Rzadko spoglądał na jej obraz, bo wiedział, że żal, który czuje wtedy w sercu, czyni go słabszym. Żal był dziurą w jego pancerzu. LucianLucian nie mógł pozwolić sobie na żałobę, więc szybko zamknął medalion. Wiedział, że powinien zakopać go w jaskini pod klifami, ale nie był w stanie pogrzebać wszystkich wspomnień o niej.

Zapomni o żalu, dopóki nie zgładzi ThreshaThresha i nie pomści śmierci Senny.

Dopiero wtedy Lucian będzie opłakiwał zmarłą żonę.

- Ile czasu minęło od tamtej strasznej nocy? – pomyślał.

Czuł, że bezkresna otchłań bólu czai się do ataku, ale tak jak wcześniej, postanowił ją zignorować. Tak, jak nauczono go w zakonie, powtarzał mantry, które miały pomóc mu i Sennie pozbyć się niepotrzebnych emocji. Tylko tak mógł osiągnąć równowagę i stanąć do walki z niewyobrażalnym złem.

Żal nieco przygasł, ale nie zniknął.

Otworzył medalion, czując rosnącą przepaść pomiędzy nim samym a wspomnieniem o Sennie. Nie był w stanie przypomnieć sobie smukłej linii jej szczęki, gładkości skóry ani koloru oczu.

Im dłużej szukał, tym bardziej ona się oddalała.

Lucian podniósł głowę i wypuścił powietrze z płuc, spowalniając bicie serca.

Ściany jaskini wydrążone były w skale wapiennej klifów, na których zbudowano Bilgewater. Rdzenni mieszkańcy pod miastem utworzyli labirynt, o którym niewielu wiedziało. Ściany z jasnego kamienia ozdobiono zawiłymi spiralami i falami oraz czymś, co przypominało nieruchome oczy.

Dowiedział się, że to symbole religijne ich twórców, ale ten, kto je wyrzeźbił, od wielu lat nie pojawiał się w tym miejscu. Wiedział to na podstawie tajnych symboli swojego zakonu, które dawały mu schronienie w każdym mieście Valoranu.

Blade odbicia światła padały na sklepienie jaskini, ale gdy podążał wzrokiem za spiralnymi rzeźbieniami, jasny blask rozświetlił jego dłoń.

- Będę twoją tarczą – usłyszał w głębi serca.

Lucian spojrzał w dół. Wspomnienie jej słów było tak żywe, jakby stała obok.

Medalion zabłysnął zielonkawym światłem.

Zawiesił go na szyi i wyjął dwa pistolety.

- Thresh – szepnął.

Część IV Edytuj

Ulice Bilgewater opustoszały. Wciąż słychać było bicie dzwonów i krzyki. Czarną Mgła pokryła całkowicie Dzielnicę Szczurów, a nad Portem Rozpaczy szalała burza. Ogień pochłonął Most Rzeźnika. Połyskująca mgła wdzierała się na klify nad Szarym Wybrzeżem.

Mieszkańcy wyżej położonych części miasta ukryli się w domach i modlili do Brodatej Damy, by ocaliła ich przed Mrocznymi Żniwami i aby śmierć dotknęła innych nieszczęśników.

Świece z ambry paliły się we wszystkich oknach. Na drzwiach, okiennicach i deskach wisiały płonące korzenie Cesarzowej Mrocznego Lasu.

- Ludzie naprawdę wierzą w Cesarzową? – zapytała Miss FortuneMiss Fortune.

Rafen wzruszył ramionami i zmrużył oczy, wyszukując zagrożeń we mgle. Zza koszuli wyjął płonący kawałek identycznego korzenia.

- Czy wszystko musi zależeć od tego, w co wierzysz?

Miss Fortune wyjęła pistolety.

- Ja wierzę w to i w nas – powiedziała. – Co tam jeszcze masz?

- Ten kordelas pomógł mi przetrwać Mroczne Żniwa już sześć razy – powiedział, poklepując głowicę miecza. – Podarowałem Brodatej Damie dziesięcioletnią butelkę rumu i kupiłem ten nóż od człowieka, który przysięgał, że ostrze wykonano z najlepszej stali.

Miss Fortune spojrzała na miecz ukryty w pochwie. Nawet bez patrzenia na ostrze wiedziała, że oszukano Rafena. Jakość wykonania znacznie odbiegała od demaciańskich standardów, ale nie zamierzała mu o tym mówić.

- A ty? – zapytał.

Miss Fortune poklepała sakiewkę z kulami.

- Każdą kulę umoczono w Ciemnym Rumie Myrona – odparła tak głośno, by jej słowa usłyszeli wszyscy towarzysze. – Jeśli zmarli chcą walczyć, pokażemy im, czyj duch jest silniejszy.

Przygnębiająca atmosfera nie pozwalała nikomu się roześmiać, ale Miss Fortune zauważyła kilka nieśmiałych uśmiechów.

Odwróciła się i ruszyła w kierunku Bilgewater. Schodziła po krzywych schodach wyciosanych w klifie, przecinała tajemne mosty linowe i wchodziła do ciemnych, zapomnianych uliczek, których od lat nikt nie odwiedzał.

Zaprowadziła ich na duży plac, gdzie domy opierały się o siebie, jakby szeptały sobie jakieś tajemnice. Każdą fasadę pokrywał lód, który pojawił się także na drewnie. Zimny wiatr wiał przez posklejane domy, wzmacniany łkaniem i krzykami z oddali. Rozpalone koksowniki zwisające z setek lin masztowych rozpiętych pomiędzy budynkami wydzielały dziwny, ziołowy zapach. W kałużach odbijały się rzeczy, których wcale tam nie było.

Wcześniej znajdowało się tu targowisko pełne stoisk, głośnych rzeźników, sprzedawców trunków, kupców, piratów, łowców nagród i właściwie wszystkich ludzi, których przywiało tu z najodleglejszych zakątków świata. To miejsce było widoczne z niemalże każdego punktu Bilgewater, co bardzo odpowiadało Miss Fortune.

Mgła wdzierała się w każdą wolną szczelinę.

Porzucone galeony łkały zamarzniętymi łzami.

Mgła i ciemność stały się jednością.

- Plac Rzezimieszków? – zapytał Rafen. – Jak się tu dostaliśmy? Działałem tu jako portowy kieszonkowiec. Myślałem, że znam wszystkie wejścia i wyjścia jak każdy porządny złodziej.

- Najwyraźniej nie wszystkie – odparła Miss Fortune.

Rachuby po obu stronach były pozamykane. Kobieta oparła się chęci zajrzenia przez porwane kawałki materiału zwisające z okien.

- Jakim cudem ty znasz te drogi, a ja nie?

- Pani Bilgewater i ja jesteśmy jedyne w swoim rodzaju – powiedziała, mrużąc oczy. – Zdradza mi swoje tajemnice jak przyjaciółka, więc znam wszystkie jej sekrety.

Rafen chrząknął, gdy cała grupa rozeszła się po placu.

- Co dalej?

- Czekamy – powiedziała Miss Fortune, gdy dotarli na środek.

Czarna Mgła drgała od istot kłębiących się w jej otchłani.

Z ciemności wyłoniła się świecąca upiornym światłem czaszka z pustymi oczodołami i ostrymi kłami. Jej szczęka rozwierała się szerzej, niż pozwalałaby na to naturalna budowa kości. Z ogromnej paszczy wydobył się przerażający skowyt.

Kule Miss Fortune przebiły się przez oba oczodoły. Czaszka zniknęła z piskiem. Miss Fortune przeładowała oba pistolety.

Przez chwilę wokół panowała cisza.

Nagle z Czarnej Mgły wyleciały dusze zmarłych.

Część V Edytuj

Już drugi raz tego wieczora OlafOlaf wdzierał się do wnętrza cielska Krakenwyrma. Wymachiwał toporem jak szalony drwal. Ogromne kończyny bestii nie były prawdziwe, ale ostrze topora przecinało je jak mięso.

Macki potwora uderzały o kamienne nabrzeże, ale Olaf był od nich szybszy. Powolni wojownicy niedługo żyli we Freljordzie. Uderzał toporem na prawo i lewo. Udało mu się odciąć sporą część macki, która zniknęła w chwili, gdy oderwała się od ciała potwora.

Olaf ogarnięty szałem nadal widział czaszkę potwora pośród wierzgających widmowych kończyn.

Jej oczy płonęły żywym ogniem rozwścieczonej duszy.

Na chwilę między nimi nawiązała się więź.

Dusza tej bestii go znała.

Olaf roześmiał się radośnie.

- Widzisz tego, który odebrał ci życie i jesteśmy na wieki połączeni śmiercią! – krzyknął. – Jeśli mnie zabijesz, będziemy mogli walczyć w królestwie umarłych.

Perspektywa wiecznej wojny z tak potężnym przeciwnikiem dodała Olafowi sił. Rzucił się w stronę paszczy potwora, nie zważając na ból zadawany przy każdym uderzeniu macek stwora o jego skórę.

Skoczył w górę, trzymając topór nad głową.

Spojrzał śmierci w twarz.

Jedna z macek owinęła się wokół jego uda.

Rzucała nim na wszystkie strony, unosząc wysoko w powietrze.

- Dalej! – wrzeszczał Olaf, wymachując toporem ku czci ich wspólnego przeznaczenia. – Razem do śmierci!

Część VI Edytuj

Upiorny stwór z długimi szponami i ostrymi kłami wyłonił się spośród kłębowiska zagubionych duchów. Miss FortuneMiss Fortune strzeliła mu między oczy. Potwór zniknął niczym dym w wietrzny dzień.

Drugi strzał i kolejna zjawa zniknęła.

Uśmiechnęła się szeroko pomimo narastającego strachu, chowając się za kamiennym słupem Rzecznego KrólaRzecznego Króla. Pod wpływem impulsu nachyliła się i pocałowała go.

Wszystko zależy od tego, w co wierzysz – usłyszała.

- Bogowie, kule czy własne umiejętności?

Uśmiech zniknął z jej twarzy, gdy usłyszała, że jeden z pistoletów się zaciął. W głowie usłyszała słowa matki:

Tak masz, jak ktoś inny miesza ci proch, Sarah. Włożyła broń do kabury i wysunęła miecz z pochwy. Ukradła go kapitanowi demaciańskiego żaglowca płynącego na północ od ShurimyShurimy. Była to piękna, niezwykle szczegółowo wykonana broń.

Miss Fortune wyskoczyła z kryjówki, strzelając z pistoletu i mieczem rozcinając ciała stworów we mgle. Pocisk wyeliminował kolejnego upiora, a ostrze miecza cięło, jakby walczyła z żywymi przeciwnikami. Czy duchy umarłych miały w sobie jakąś fizyczną cząstkę, która mogłaby ich zaboleć? Wydawało się to nieprawdopodobne, ale na pewno raniła coś w ich ciałach.

Nie miała czasu, aby się nad tym zastanowić i podejrzewała, że wszystkie wysiłki i tak pójdą na marne.

Mieszkańcy miasta krzyczeli przerażeni, gdy Plac Rzezimieszków wypełniły setki duchów, zadające pazurami rany mrożące krew w żyłach. Nie żyło siedem osób, może więcej, a ich dusze wyrwano z ciał, aby stanęły przeciw swoim towarzyszom. Jej dzielni sojusznicy walczyli mieczami i muszkietami, wykrzykując imiona Brodatej Damy, swoich bliskich, a nawet bogów z odległych krain.

Byleby zadziałało, pomyślała Miss Fortune.

Rafen klęczał na jednej nodze, twarz miał bladą i oddychał ciężko jak portowa prostytutka po długiej zmianie. Mgła przyległa do niego jak pajęczyna, a korzeń wokół jego szyi płonął intensywną czerwienią.

- Wstawaj, to jeszcze nie koniec! – powiedziała.

- Nie mów mi, że to nie koniec walki – warknął, podnosząc się z ziemi. – Więcej razy przeżywałem Mroczne Żniwa niż mogłabyś sobie wyobrazić.

Chwilę później przechylił się na bok i strzelił do czegoś, co znajdowało się za nią. Połączona dusza wilka i nietoperza pisnęła, zanim zniknęła na dobre. Miss Fortune zrobiła to samo, gdy zobaczyła, że w stronę jej towarzysza leci duch z wielkimi szponami i kłami.

- Padnij! – krzyknęła Miss Fortune, odczepiając od pasa dwie bomby i rzucając je w kierunku mgły.

Rozległ się ogłuszający wybuch. Drzazgi i odłamki kamieni poleciały na wszystkie strony. Pęknięte szkło posypało się niczym deszcz sztyletów. Cały plac wypełniła mgła, ale ta była dziełem człowieka.

Rafen potrząsnął głową i pogmerał palcem w uchu.

- Co było w tej bombie?

- Czarny proch wymieszany z wywarem kopalu i ruty – powiedziała Miss Fortune. – Z moich specjalnych zapasów.

- I takie coś działa na zmarłych?

- Moja matka w to wierzyła – odparła.

- I to mi wystarczy – powiedział Rafen. – Wiesz, może nam się udać...

- Nic nie mów – ostrzegła Miss Fortune.

Mgła zaczęła łączyć się na placu. Na początku w niewielkie wstążki i chmurki, a potem w lśniące sylwetki potworów. Istot z połączonymi nogami, paszczami pełnymi kłów oraz ramionami zakończonymi hakami lub szczypcami. Duchy, które myśleli, że zabili.

Zaczęły wracać.

- Co takiego ludzie mówili o planach i zawartości wychodków? – zaczęli się zastanawiać.

- Okazuje się, że martwi są trudni do zabicia – przyznała Miss Fortune, starając się nie okazać strachu.

Naiwnie myślała, że zwykła broń i ślepa wiara wystarczą, by zmierzyć się z duchami umarłych. Chciała pokazać mieszkańcom Bilgewater, że nie potrzebują GangplankaGangplanka; że mogą być kowalami własnego losu.

Wszystkie wysiłki spełzną na niczym.

Na placu rozległ się głośny huk. Potem kolejny.

Uderzenia gromu zwiastujące nadejście burzy.

W końcu przypominały ogromne młoty uderzające w kowadło. Coraz szybciej i głośniej – aż ziemia drżała od ich impetu.

- Co to, do dziewięciu mórz ma być? – zapytał Rafen.

- Nie wiem – odpowiedziała Miss Fortune, gdy z mgły wyłonił się zarys jeźdźca. Siedział na wierzchowcu bojowym o dziwnych proporcjach, a jego hełm był w kształcie demona.

- Mroczny rycerz – powiedziała Miss Fortune.

Rafen pokręcił głową. Był blady ze strachu.

- To nie rycerz – odparł. – To Cień WojnyCień Wojny...

Więcej w Fandom

Losowa wiki